akapitów, z którego cocteau złożył opium, właściwości tytułowego narkotyku może i nie posiada, ale czy można mieć do jeana jakiekolwiek pretensje, gdy natrafia się wśród nich na zdania typu:
wiktor hugo był wariatem, który uważał siebie za wiktora hugo.;
te małe pokoiki hotelowe, gdzie koczuję od tylu lat, pokoiki, gdzie uprawia się miłość, a w których ja bez przerwy ‚uprawiam przyjaźń’, co stanowi zajęcie tysiąckroć bardziej wyczerpujące od uprawiania miłości.;
w wieku szesnastu lat pochłania się jednym tchem portret doriana graya. później książka ta staje się śmieszna.;
przeczytałem zbiór dokumentów dotyczących wiktora hugo w komedii francuskiej. na małym karteluszku wyznaczał miejsca swym młodym przyjaciołom, podkreślał wersy, które należało oklaskiwać, aranżował wystąpienia swej klaki i przeciwklaki.
do emira kuturicy, którego życie jest cudem udało mi się dzisiaj obejrzeć na ale kino, pretensje niejakie mam. owszem, film zwyczajowo mnie i rozbawił (gra wstępna z użyciem rękawic bokserskich), i poruszył (ślady krwi na śniegu zostające za saniami, którymi wieziona jest ranna sabaha), ale cóż z tego, skoro reżyser bez cienia żenady powiela motywy ze swoich poprzednich filmów, przez co przestaję wierzyć w to, co mi się opowiada, a to w przypadku bajek jest rzeczą niedopuszczalną.
wierzę za to w zupełności panom eugene smith, jacob riis, eugene atget, których oglądane dzisiaj miejskie zdjęcia pochłonęły mnie bez reszty.
internetowemu radiu rmf grunge natomiast dziękuję za zabawną przechadzkę ścieżką postępującej amnezji, nie wiem, czy grunge is still alive, ale masa wspomnień na pewno.