kilka wolnych minut, doczytuję ostatnie sto stron niezwykłych przygód roberta robura, książki nieco obsobaczonej przez krytyków, głównie zbytej milczeniem i bronionej jedynie, z zadzwiającą, ba, podejrzaną wręcz, gorliwością, przez żulczyka.
znęcanie się nad niezwykłymi przygodami, to kopanie leżącego, więc pobawmy się w afirmację, no bo czemu nie.
przekształcać świat, zmieniać życie, hasło, które ciskali prosto w mordę światu moi ukochani surrealiści, nahacz przypisuje na ponad pięciuset stronach telenowelom i zgodnie z ich konwencją, to znaczy kiepskie postaci, kiepskie dialogi, wydumane do granic śmieszności sytuacje, z pełną premedytacją tworzy swoją powieść. rozwija w sposób totalny, ironiczny koncepcję gombrowicza złej powieści i śmieje się zza grobu z tych, którzy myślą, że noga mu sie powinęła, ignorance is bliss, podczas gdy było to w pełni świadome działanie.
tak, oczywiście.
*
wszystkim, którzy składali mi życzenia w dniu wczorajszym niniejszym dziękuję, aczkolwiek, zaznaczam, jest to z mojej strony całkowicie kurtuazyjnym automatyzmem, gdyż nie przywiązuję najmniejszej wagi do tak przypadkowych kwestii, jak dzień urodzin.