rzeczy blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 2.2009

    działkę jakiegoś buca, kupę gówna miał w altance, sam szajs, mówię ci, motyki, wiadra, łopaty, do chuja to niepodobne, opowiada mi paweł d. (drela) kilka lat temu, chociaż tyle, że trafiły mi się trampki, prawie nowe, zajebiste, czerwone, hardkorowe, chcesz, to za parę blach ci je oddam, uśmiecham się, za parę to za ile, pytam, bo ja wiem, za pięć pasuje?, interes zostaje ubity, trampki trafiają w moje ręce.
    tego samego dnia wieczorem od jednego z nich, prawie nowego, zajebistego, czerwonego, hardkorowego odpada podeszwa.
    *
    a wczoraj piwo z kamilem w bibliotece, ostre tempo picia, palenia i mówienia, a w tramwaju powrotnym zaczepiają mnie jakieś dziewczyny, idziesz z nami do dekompresji?, no chodź, a dzisiaj ostre wysuszenie organizmu i problemy z koncentracją, zamiast gargantui i pantagruela, wkładam do torby, jako lekturę, przekrój

    wielkie

    Brak komentarzy

    słowo, usraj się, a zdrowo.
    [z gargantua i pantagruel]

    zalety

    Brak komentarzy

    wyjazdu do będzina:
    - poznanie krzyśka,
    - dwukrotne zdobywanie na przekór śnieżycy zamku na wzgórzu, a potem spędzanie radosnych chwil w zamkowej knajpie, przy piwie tanim i dobrym, i muzyce z epoki i nie,
    - rozgrywanie w przeróżnych konfiguracjach partii bilarda do późnej nocy bądź wczesnego ranka,
    - nocne karkołomne podróże przez zaspy w poszukiwaniu nocnego sklepu,
    - dystrybutory z wodą nieopodal sali, w której odbywało się szkolenie.
    zaleta wyjścia w zeszłą środę ze znajomymi na piwo:
    - wyjście ze znajomymi na piwo.
    zalety urlopu w zeszły czwartek, piątek:
    - możliwość w miarę nieinwazyjnego dojścia do siebie po imprezie,
    - gra anioła carlosa ruiza zafona, kino dalekiego wschodu piotra kletowskiego, szaleństwa brooklynu paula austera.
    zalety kilkudniowego braku internetu:
    - kilkudniowy brak internetu,
    - spędzenie większej ilości czasu z timką i patrycją.

    pobyt

    Brak komentarzy

    w będzinie okazał się niezłym pomysłem, zapewne dlatego, iż nie był to mój pomysł i wbrew mnie zrealizowany. nie wszystkie niestety jednak nie-moje pomysły są takowe, vide ten timki, żeby zepsuć, ba, zwariować kompletnie klawiaturę, wrr.

    w

    Brak komentarzy

    łodzi już jestem, czy w będzinie jeszcze?

    panie

    2 komentarzy

    prezydencie, chcę nie musieć jechać jutro na szkolenie do będzina i być tam niedzieli, bo nie chce mi się. panie prezydencie, chcemy sobie być radzi? rozkaż, panie, czeladzi, niechaj wymażą z map kraju będzin od jutra do niedzieli. panie prezydencie, w historii ludzkości wielokrotnie już wymazywano wydarzenia, miejsca, ludzi, na długie lata, wieki, niekiedy na wieczność, a ja chcę tylko czterech dni, to tyle co nic. panie prezydencie, chcę nie-będzina.
    *
    sen:
    niewidzialna winda, na podłodze której siedzę, machając beztrosko w powietrzu nogami, powoli zbliża się do ziemi, będącej gdzieś poniżej, w abstrakcyjnym oddaleniu,
    gdy jesteśmy dwa, trzy metry nad ziemią, winda zaczyna niespiesznie poruszać się równolegle do ulic, chodników, betonowych parków, dostrzegający mnie ludzie wznoszą gniewnie pierwotne okrzyki, rzucają w moją stronę kamieniami, podskakują z wściekłością, starając się pochwycić moje nogi, wstaję i przesuwam się w kąt windy,
    po dłuższym czasie przemieszczania się już po ziemi, winda znika pośród traw, opieram łokcie o czarny kamień, co tu robisz, pyta mężczyzna, chcę się spotkać z bognią, odpowiadam, boginią?, przygląda mi się z uśmiechem, niech pochwalona będzie bast, chwała niech będzie bastet, deklamuję trzykrotnie niepewnym głosem, wskazując dłonią w lewo, przed siebie, w prawo, on milczy wyczekująco.

    między

    Brak komentarzy

    słowami gargantui i pantagruela rodzi się myśl natrętna, żądza, ależ nie, ależ w momencie tym nie możesz czytać nikogo innego, tylko joyce’a słowa, frazy, joyce dziecino!, li i jedynie wyłącznie on, biegniesz więc do antykwariatu, rozglądasz się, ale dostępny jest zaledwie portret artysty z czasów młodości, kupujesz bez zbędnego namysłu, a potem piwo z kamilem i tysiąc tematów na sekundę, w tym również joyce.

    sąsiedzie, mieszkający piętro wyżej, który od ponad roku każdego wieczora namiętnie wiercisz, zmysłowo piłujesz, wyuzdanie stukasz, lubieżnie przesuwasz, zostań moją walentynką.  
    *
    we śnie, sponsorowanym do pewnego stopnia przez ulissesa, o którym i o okolicach którego długo rozmyślam wczorajszego wieczora, tułam się z ojcem między blokami, a w blokach windami, które zamiast poruszać się w pionie, przesuwają się po schodach, na których zostawiam kolejne fragmenty ubrania, windami, które nigdy nie jadą na właściwe piętro, co chwilę gubię go wśród mętliku poręczy, ścian, drzwi, klamek, schodów, co chwilę odnajduję, brnę z nim przez piaski, skały, po dnie jeziora, przez trawy, gałęzie, chmury, dokądś zmierzamy, ale stale zapominamy dokąd, a gdy już sobie przypominamy, to i tak jest za późno, prześcigamy się wówczas w wypowiadaniu coraz to absurdalniejszych w swojej wymyślności powodów, przyczyn naszej absencji w danym miejscu o danym czasie, z pełną świadomością, że i tak nikt nie uwierzy.
    *
    panie prezydencie, chcę samochód!
    [mężczyzna z zespołem downa do pracownika salonu z autami w filmie jaco van dormaela ósmy dzień]

    plan

    Brak komentarzy

    dnia: leżenie, gapienie się ze zblazowaną miną w ekran telewizora,uzupełnianie płynów, doczytanie ulissesa – wykonany w 100%! rozpiera mnie duma, gdy tylko pomyślę o sobie.

    w nocy film słoń na ale kino! przywołuje wspomnienie niekończących się pocałunków z osobą pewną, które miały miejsce w parku śledzia w drodze powrotnej z seansu tegoż filmu w kinie charlie, nigdy jeszcze czegoś takiego nie czułam, nie wiem, co się ze mną dzieje, w głowie mi się kręci, słyszę w odpowiedzi na moje pytanie, co się stało, zadane tuż po tym, jak ona usiadła nagle na chodniku.
    w tej samej chwili ktoś po przeciwnej stronie ulicy wyrywa słuchawkę z budki telefonicznej i ucieka, wykrzykując do niej ekstatycznie utwór dragostea din tei grupy o-zone.
    niewątpliwie potrzeba ci nowej kochanki, sekscytacji, nowego ciała, informuje mnie myśl moja w ramach komenatrza do wspomnienia.
    *
    po wspomniamnym filmie przyglądam się zapowiedzi wieczoru z filmami wong kar-waia, setu złożonego z dwóch filmów mojego ukochanego reżysera, a mianowicie dni naszego szaleństwa i kiedy łzy przeminą, wczesnych filmów wonga, których nie dane mi było niestety do tej pory obejrzeć, oby tylko nie w przyszły weekend, tylko nie między trzynastym a piętnastym lutego, nie podczas mojego wyjazdu na szkolenie do będzina, tylko nie wtedy, modlę się siebie, czyli w pustkę, po czym dowiaduję się, jakżeby inaczej, dzień: trzynasty, miesiąc: luty, grrrr.


    • RSS