rzeczy blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 12.2008

    z panem żuławskim ukończon. świetna, wyborna lektura, aż szkoda, że tylko pięćset stron. niekiedy wprawdzie mam wrażenie, że reżyser podnosi głos, czy też krzyczy po prostu ze stron książki, a ja bardzo nie lubię głośnych osób, ale w tym przypadku mi to nie przeszkadza. jak widać bywa, że pasja uświęca środki wyrazu. drobny zgrzyt stanowią, jak dla mnie, ostatnie strony tej pozycji, które wydają mi się, cóż, no zbędne po prostu. z uśmiechem typu no dobra, można i tak, przyjmuję tendencyjne nieco zabiegi jednego z przepytujących, pana mareckiego, które manewrują pana reżysera, mimochodem jakoby, na poletko oflagowane żywotne cele i dążenia zgromadzonych wokół wydawnictwa krytyka polityczna, ale co tam, to już detal, zresztą bohater wywiadu całkiem zręcznie się wybronił, jako artysta to wara wszystkim od tego, co jest moim punktem widzenia. odpierdolta się, to jest moje (…), bingo.
    a teraz dręczy mnie przyjemnie apetyt na twórczość pana żuławskiego, jego filmy i książki niewątpliwie wypełnią mi sporo czasu w nadchodzącym roku.
    *
    w teście which party animal are you today? wypada mi, że lazy lion i chyba coś w tym jest.

    wsadzanie

    Brak komentarzy

    chuja w pizdę nie daje żadnej świętości, na litość pana boga.
    [andrzej żuławski w żuławski [wywiad-rzeka]]
    *
    sny:
    przez znajdujący się między chodnikiem a blokiem trawnik biegną tory, wypełnione tramwajami stłoczonymi w kolejce do myjni, usytuowanej w pobliskim parku. przysiadam na chodniku i czekam na moją, a raczej mojego tramwaju kolej, a gdy ona przychodzi, orientuję się, że tramwaj przecież nie jest włączony, gdzie jest kluczyk?, a tak, jest na portierni, a portiernia?, gdzieś po stronie prawej, no ale dodatkowo trzeba przecież przesunąć zwrotnicę, a zwrotnica gdzie?, a gdzieś po stronie lewej. więc biegnę trochę w prawo, potem trochę w lewo, potem znowu w prawo, a na torach tymczasem napór, ścisk, wrzask i tramwaj mój, wśród bezładnego mojego biegania, zamiast do myjni wjechać, zsuwa się bezradnie gdzieś na bok, kolejka przepada, co teraz robić, co robić, co, czarna rozpacz.   
    ja jestem twoim ojcem, to znaczy nie jestem nim, on uciekł, zostawił cię, chamidło, brak odpowiedzialności, zero, ja cię wychowałem, teraz trzeba się na nim zemścić, mówi do mnie nieznajomy mężczyzna. w domu przy stole opowiada mi, że wczoraj nazbierał grzybów. a co z tymi, pytam wskazując kilka dużych okazów rosnących koło werandy. tych nie można, odpowiada. trzeba stąd uciec, myślę przechadzając się po gęstym lesie otaczającym dom. czego szukasz? spermy?, krzyczą do mnie spomiędzy drzew dwie kobiety. po co ktoś poustawiał tutaj kinowe fotele, wśród tych drzew, zastanawiam się parę kroków dalej, przystaję przy nich, przyglądam się. w równych szeregach, pokryte mchem, muszą stać tu od dawna. chyba już wystarczająco długo jestem poza domem, mogę wracać, pownien uwierzyć, że szukałem mnie, ale nic z tego, nigdzie mnie nie ma, nic innego jak ucieczka. w pokoju przykrywam swoje bagaże kurtkami, żeby ich nie zauważył, żeby się nie domyślił, że uciekam. przypominam sobie, jak ruda, chcąc kogoś rozzłościć, wysyłała mu faxem pełną ofertę towarów tesco i w tym samym momencie fax zaczyna z wrzaskiem wyrzucać z siebie masy papieru z taką właśnie ofertą. wyrywam desperacko te kartki, przykrywam nimi swoje rzeczy, a fax nie przestaje, nigdy chyba nie przestanie. stoimy, ja i ów nieznajomy, koło wesołego z betonu całego miasteczka, tutaj aktualnie pracuje twój prawdziwy ojciec. idziemy w trójkę między garaże, nieznajomy mówi, że musi dać mojemu ojcu po mordzie, inaczej być nie może. no ale po co, nie lepiej odpuścić, pytam, coś mi się należy za te wszystkie lata płacenia alimentów, odpowiada. siadamy wszyscy na ziemi.

    takich

    Brak komentarzy

    jak ja się nie zabija, ich się kupuje, expressis verbis mówi, w jednej z końcowych scen, tytułowy bohater filmu michael clayton, co oznacza, że oto postać wyzbywa się nędznych resztek skrupułów, weźmie pieniądze za swoje milczenie, ostatecznie się upodli i mam ochotę już klaskać, gdy okazuje się, że to tylko oszustwo, podpucha, kolejne finalne skrupułów zwycięstwo, a z filmu zostają mi tylko zwyczajowo ładne zimnoniebieskie kadry.
    stoję po stronie życia, bez względu na okoliczności, mówi z kolei jedna z postaci vicky cristina barcelona allena i zdanie to idealnie odnosi się do tego filmu, a może ogólnie do filmów tego reżysera, a mnie nie pozostaje stwierdzić nic innego, jak to, że bez względu na okoliczności, stoję po stronie woody’ego. i że jaka piękna jest jego barcelona.
    *
    dlaczego żuławski [wywiad-rzeka], a nie żuławski [wykład-rzeka], skoro wypytujący z miejsca zostali przez reżysera usadzeni w ławkach, postawieni pod ścianą. to mogłoby być niestrawne, gdyby nie ta wściekła pasja, ostrość z jaką przemawia, grzmoci żuławski. zdecydowanie nie jest to, używając słowa pana andrzeja, suchocipska lektura. aż żal przegapionej jego retrospektywy, która odbyła się w tym roku na festiwalu era nowe horyzonty, oj żal. 
    *
    sen:
    można już bezpiecznie wracać do mieszkań, słyszę od robotnika, montera, nie wiem, gdy wychodzę z klatki schodowej. rozglądam się po pokoju, wszystko jest nieznacznie przekrzywione, najbardziej rura w rogu łazienki i kaloryfer, pokryte w kilku miejscach połyskującą białą substancją. w rozmazującej wszystko szarości, nie mogę dostrzec twarzy osoby, która jest w tym pokoju. telefony zostały wyłączone, ktoś bardzo starał się tu dodzwonić, wyjaśnia mi. wybieram się zatem na spacer po okolicznych bagnach. przysiadam na nasypie, drewniana szafa się otwiera, jesteśmy zespołem, nazywamy się niedzielna środa, mówią osoby z niej wychodzące. tak, przypominam sobie, kiedyś zdarzyło mi się zrecenzować waszą płytę, niebieskie litery na czarnej stronie. to nie jest dobra książka, nic w niej nie ma, stwierdzam przyglądając się, jak patrycja uczy się na szalenie trudny egzamin. wszyscy w pokoju intensywnie się uczą. wychodzę więc po raz drugi z muzeum, osoba stojąca przy drzwiach wręcza mi kilka czarnych kartoników z nadrukowaną niebieską twarzą. 

    sen:

    Brak komentarzy

    przy stole w kuchni mojego mieszkania rozsiadł się w najlepsze harold pinter, po co zaglądam do lodówki, skoro wiem, że on wszystko z niej wyjadł i po co rozglądam się za piwem, skoro widzę, że dopija z uśmiechem ostatnie i dlaczego wzdycham, skoro wiem, że jest właśnie tak, jak być powinno. przynajmniej pink redhead już się na ciebie nie gniewa, rzuca harold i mruga do mnie znacząco. ale ty przecież nie żyjesz!, nie wytrzymuję w końcu, coś ci się chyba przyśniło dziecko, śmieje się.
    *
    od momentu przebudzenia wiem, że muszę natychmiast kupić książkę żuławski [wywiad-rzeka], a że od dawna nie walczę ze swoimi zachciankami, kaprysami i nie podejmuję się ich analizowania, racjonalizowania, po prostu ubieram się i wyruszam na polowanie, które nie mogło nie zakończyć się sukcesem.
    *
    na przystanku przystaje koło mnie mocno meneliczny jegomość, dzierżący reklamówkę pełną wafelków, do której co chwilę sięga.

    patrycja

    Brak komentarzy

    śmieje się i mówi, że wszyscy się dopytywali, czy będę na wigilii. znaczy się jej rodzina ma mnie za dzikusa.
    (a twoja to niby nie?)
    tradycyjnie miało miejsce mariusza i moje pijaństwo. rozbawiły mnie i w jakiś sposób rozczuliły, jego próby ukonstytuowania w moich oczach jego męskości. po pewnej ilości wódki wielokrotnie tłumaczy mi, że zadrapanie widoczne na jego szyi to efekt bójki, w którą wdał się w jakimś lokalu, a podczas której wpadł w taką furię, że trzy osoby musiały go powstrzymywać. po kilku następnych kieliszkach przekonuje wszystkich, że ma w związku z tym połamane żebra i należałoby wezwać karetkę!
    *
    kartkuję jeden z prezentów, szczęśliwe i tragiczne kobiety hitlera, iana sayera i douglasa bottinga, cóż za tytuły rozdziałów, przykładowo, „nigdy nie uwierzysz, co on każe mi robić”, dziewica i król demonów, „chcę być piękną nieboszczką”, ta lektura dostaczy mi niewątpliwie wiele radości.
    *
    po obejrzeniu edwarda nożycorękiego i charlie i fabryka czekolady podejmuję decyzję o zorganizowaniu sobie przeglądu filmów tima burtona. (ale przecież nie zakończył się jeszcze przegląd filmów cronenberga!)(fakt, jeszcze będzie nagi lunch i m. butterfly)
    *
    komiksowa seria marvel zombies to prawdziwy smakołyk. przyglądanie się jak poczciwina spiderman, czy też kryształowy kapitan ameryka, zmieniają się w bezwględne zombi, kierowane wyłącznie głodem ludzkiego mięsa, jak również temu, jak ten głód bezpardonowo zaspokajają – ten pierwszy przykładowo pożera swoja ukochaną żonę i ciotkę – to naprawdę nielada frajda, smakowita perwersja i fantastyczne antidotum na mdłą cukierkowatość oryginalnych postaci.
    *
    (zastanawiam się, co myśleć o przeczytanych w ha!arcie dyskusjach toczonych wokół książki drżące ciała żmijewskiego, sformułowaniach typu wszystko jest polityką, zadaniem artysty, sztuki jest)
    *
    (a o tym ile radości dały ci wczorajsze i dzisiejsze przygody z wallacem i gromitem na ale kino ani słowa?!)

    sen:

    3 komentarzy

    ponieważ się spieszę, autobus zwalnia i zwalnia, w końcu jedzie tak wolno, że wszystko się cofa, włącznie z czasem. nie chcę trafić do egzopotamii, więc wyskakuję z autobusu za dnia i trafiam prosto w nocne ciasne brukowane uliczki. ponieważ mi się spieszy, na mojej drodze pojawia się masa pijanych, rozśpiewanych kibiców i nie ma najmniejszego sensu próbować się przez nich przedzierać. szklane drzwi teatru, który znajduje się w pobliżu, ponieważ się spieszę, są zakmnięte, a stojąca w środku, bokiem do mnie, wysoka, ubrana na biało kobieta nie reaguje na moje pukanie. wbiegam więc do ciastkarni, gdzie wszystko jest coraz bardziej ciasne, schody, przez które przeskakuję, również. na zewnątrz mijanej osobie, ponieważ się spieszę, rozbijam głowę kamieniem i wyjmuję z niej pudełeczko. w środku wśród różowego proszku znajduje się istota tej osoby. ale po co ten różowy proszek, pytam, zapewne dla wygody, odpowiadam.  

    radosną

    2 komentarzy

    nowiną dnia niewątpliwie jest to, że w lutym ukaże się podwójna ep-ka zespołu beirut i że jest duża szansa, iż zespół ten zagra na przyszłorocznym open’erze (w tym roku się nie udało, niestety). pozostaje z radości klaskać ile sił w nogach, ale i pomarudzić, dlaczego to nie teraz, nie już. chociaż czy byłoby to w stanie oderwać mnie od skrajnie obsesyjnego aktualnie słuchania monkey gone to heaven, bardzo wątpię.
    nieradosną nowiną zaś, ale i mało zaskakującą, przyznajmy, jest to, że nie udało mi się w empiku zastać ani nowej, fascynującej podobnież, biografii trumana capote’a, ani rozmów z woody allenem. kiz dziadzi.
    przy okazji przekonuję się, a raczej utwierdzam się w przekonaniu, iż w kategorii indolencji w sprawie kupowania prezentów innym mistrzostwo świata wagi ciężkiej mam w garści. wymyślono dysleksję, dysortografię, dysgrafię, dyskalkulię, a ja poproszę o wymyślenie dla mnie równie zgrabnego alibi w kategorii wyżej przedstawionej.
    *
    sen:
    słoneczny dzień w miejskim basenie, w łodzi, ale basen wygląda bardziej jak kętrzyński. chroń godność swojego dziecka, krzyczy do mnie gosia (d.) i wskazuje oburzonym palcem jakąś osobę, wiem, że ta osoba właśnie potajemnie oddaje wodzie swój prywatny mocz. biorę timkę na ręce i chcę opuścić basen, który znienacka kurczy się do rozmiaru wanny, a że przed tą metamorfozą znajdowało się w nim dwadzieścia osób, robi się nieco ciasno. zastanawiam się, czy nie dołączy do nas zaraz kot fritz.

    w

    Brak komentarzy

    drodze do domu mijam billboard informujący, iż dwudziestego ósmego grudnia wystąpi w warszawie woody allen and his new orleans jazz band i myślę, że mam ochotę obejrzeć jego film, manhattan chociażby, poczytać jego opowiadania albo nowowydane rozmowy z woody’m, których jeszcze nie wiem dlaczego nie mam albo, a moje oczy śmieją mi się w twarz, pukają mnie w czoło, ty rób, co chcesz, my idziemy spać.
    *
    jak ja nie lubię gier, w których nie można być babą, zżyma się patrycja.
    *
    sen:
    biegnę, uciekam przez las, ocieram się o gałęzie, trawę, ziemię, ilekroć próbuję się zatrzymać, widzę w pobliżu, a to płonące butle z gazem, a to płonący gazociąg, a to płonącą cysternę wypełnioną benzyną, a to płonącą cysternę wypełnioną gazem, więc zaczynam biec, uciekać jeszcze szybciej. dobiegam do domu, który najwyraźniej wzorowany jest na tym z ulicy wojska polskiego w kętrzynie, w którym mieszkała moja babcia. chwytam za parapet i wspinam się, żeby zajrzeć przez okno, widzę, że przyjęcie urodzinowe już się zaczęło, solenizant tańczy na środku pokoju. dostrzegam, że pod niebieską koszulą ma biały biustonosz. zsuwam się i przysiadam na schodach. jak mam tam pójść, skoro nie mam przy sobie prezentu. wychodzi gosia (d.), długa czarna suknia, siada naprzeciwko mnie. przyglądam się tatuażowi na jej kostce, to tylko kilka bezładnych żółtych i czerwonych kresek, ale one coś znaczą, podobnie jak te czerwone koraliki wokół kostki. ja się nie rozbieram na tej imprezie, mówi, a ja wiem, że to dlatego, że pod suknią cała jest pokryta krostami.

    w

    Brak komentarzy

    przekroju natrafiam na reklamę organizowanego przez teatr powszechny w łodzi konkursu dramatopisarskiego na tekst komediowy i zastanawiam się, czy nie wziąć w nim udziału. z moim poczuciem humoru a la sarah kane + samuel beckett mam ogromne szanse!
    *
    sny:
    prowadzony przeze mnie i kamil magazyn przepełnia się, pakunki wychodzą juz na zewnątrz, nie można domknąć drzwi. na dodatek ktoś otworzył pudła należące do trumana capote’a. wiem, że będzie wściekły, gdy się o tym dowie. zaglądam do środka, pełne są zabawek, głównie rozkładanych żółto – zielonych dinozaurów. truman dzwoni do mnie i mówi, że muszę dla niego napisać pracę na temat krwi, podrzuci mi świetnego audiobooka, który na pewno ale to na pewno mnie zainspiruje. zgadzam się, chociaż wiem, że nie napiszę ani słowa. gdziekolwiek pójdę, wpadam na trumana, który mi przypomina, że najwyższa pora napisać pracę, o której rozmawialiśmy, ponagla mnie, gani, a ja stale uciekam.
    zimny, pochmurny dzień na plaży, ale i tak jest tłoczno, co chwilę mija mnie ciężarówka, co chwilę ktoś ma mniej szczęścia i zostaje rozjechany przez którąś z nich, a jego mózg wyskakuje z czaszki rozgniatanej kołem. jeden z kierowców wysiada z auta, twarz poplamiona krwią, chcesz mi się przyjrzeć z bliska, pyta, wzruszam obojętnie ramionami.

    mam

    Brak komentarzy

    ochotę krzyknąć, jak któraś z postaci z fistaszków, nie pamiętam która, lucy?, linus?, nie będzie jutra! bo ani jutro, ani pojutrze weekendu nie będzie, ani kawałka. fu.
    pocieszam swoje zmęczone ciało i umysł wermutem, rozmową z crematem, wspominkami, przykładowo, jak na jakimś forum ktoś zadał ważkie pytanie mój chłopak pije marihuanę, czy mogę się zarazić od niego aids? i utworami semisonic closing time, jj72 snow, vnv nation kingdom i further, a najbardziej chyba the pixies monkey gone to heaven i nie mogę tego nie nucić, zatem rock me joe!


    • RSS