rzeczy blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 11.2008

    jakimś

    2 komentarzy

    cudem udaje mi się w końcu nie rozminąć z katakanem, co w ostatnim czasie miało niestetyż wielokrotnie miejsce. podczas zwyczajowej rozmowy o literaturze, muzyce, ostatnio widzianych filmach woody’ego allena, wyrzekania na siermiężny los osób parających się tworzeniem muzyki, literatury, psioczenia na krótkotrwałość stanów emocjonalnych o wysokich rejestrach, stwierdzam, zwyczajowo, że to prawie nieprzyzwoite tak dobrze się z kimś rozumieć.
    pada propozycja, żeby dwunastego wybrać się do sztokholmu. a w jakim celu? a w żadnym. przepraszam w takim razie, że zadaję tak trywialne pytania. miał wprawdzie jechać sam, ale doszedł do wniosku, że co tam samemu skoro można ze mną, a poza tym zaoszczędzimy na noclegu, będzie można spać na dworcu, ty śpisz, ja czuwam, potem zmiana, może nas nie obrobią, będzie fajnie.    
    *
    - bo wiesz, my teraz jesteśmy w obsłudze camerimage. może chcesz wpaść na imprezę, wpuścimy cię bez akredytacji.
    - a będą jakieś gwiazdy?
    - tak, będą, na przykład ten co grał we władcy pierścieni.
    - frodo?
    - nie, ten co grał tam człowieka.
    - aha.
    *
    do mrowiącej (się) prawej stopy dołącza się dzisiaj bezczelnie prawa dłoń. z pewnym niepokojem przyglądam się rozwojowi wypadków, czyżby ten otwarty pokaz siły zapowiadał zdradziecki zamach na moją prawowitą leworęcznośćnożność?

    (…)

    Brak komentarzy

    surowe doświadczenie dla oglądających (…) niekontrolowany realizm (…) podniecające, bardzo żywe. ostrożnie, to gryzie. (…), to słowa wyjęte z surowego, zimnego i brudnego filmu videodrome, które to słowa idealnie określają cronenberga nr 5 mojego przeglądu. halucynacje są niezliczone, zdaje się mówić, za rimbaudem, cronenberg. a od siebie dodaje paranoiczną wręcz obsesję na punkcie ciała, jego deformacji, przekształcenia. jak dla mnie – fascynujące.
    w roli głównej james woods od którego wprost nie można oderwać oczu. gdzie pan się ostatnio podziewa, panie woods, bardzo mi pana brakuje. ktoś kiedyś rzucił wiekopomne słowa mamy prawo żądać cycków!, ja mówię, krzyczę: mamy prawo żądać jamesa woodsa!, więcej jamesa woodsa na ekranie.
    *
    przez cały dzień odczuwam mrowienie w mojej prawej stopie, cóż jej chodzi po głowie?

    przechodzą

    2 komentarzy

    koło mnie dwie, uzbrojone w różowe spodnie, czarne kozaki za kolana, wysokie obcasy, przechodzą koło mnie z gracją osoby, która uczy się chodzić na szczudłach, chociaż widać od razu, że to bardzo nie dla niej.
    *
    zupełnie nie przekonują nas kategoryczne stwierdzenia, tezy posiłkujące się czasownikami w liczbie mnogiej, szczególnie w pierwszej osobie liczby mnogiej, toteż nie przypadł nam do gustu wywiad z dorotą masłowską zamieszczony w wydanym w tym tygodniu przekroju. zdajemy sobie sprawę, że aktualnie to jedyny sposób, żeby zaserwować tak sflaczałą mieszankę złożoną z truizmów i wymęczonej już przez tylu obiegowej socjologii, ale.
    z tego, że zdjęcia wyżej wspomnianej pisarki nam się spodobały, wnioskujemy, iż twórców lepiej fotografować, niż z nimi rozmawiać.
    *
    trochę rozczarowuje mnie cronenberg po raz czwarty, czyli historia przemocy. sama przemoc, owszem, jak zwykle u tego reżysera, smakowita, ale po obejrzeniu filmu mam ochotę przed tytułem dopisać słowo prosta.
    na pociechę pozostaje viggo mortensen, którego niniejszym uznaję za specjalistę od ról (bardzo) prawie zwyczajnych facetów i którego zaczynam powoli doceniać. i który, ad marginem, pojawi się w łodzi z okazji camerimage.

    pierwsza

    2 komentarzy

    skojarzeniowa myśl, z tych mimowolnych, która pojawia się podczas czytania przemytników, to panie nerval, nie za bardzo się pan bawi w diderota, hm? i już ma się ochotę splunąć przez zęby z miną osoby, która wie, gdy pisarz pokazuje klasę i sam bezwstydnie wywleka owo nazwisko, i spluwa przez zęby z uśmiechem pod tytułem możecie mi skoczyć.
    *
    ciało jest jak zdanie, które aż prosi się, żeby rozmontować je na pojedyńcze litery i odkrywać jego nowe znaczenia w niekończących się ciągach anagramów, czytam na stronie 82 przekroju (nr 48/3310) słowa hansa bellmera, chwilę po tym, jak nachodzi mnie myśl, że moje ciało jawi mi się dzisiaj, jako skórzany worek wypełniony trochę mięsem (własnym), bardzo dymem papierosowym (z papierosów sztuk 13), pobudzony kawą (sztuk 1), znieczulony tabletkami (no-spa sztuk 2), odżywiony wafelkiem (princessa toffi sztuk 1).
    tak, bogate wnętrze przede wszystkim.   
    *
    sen:
    słonecznie, piknik, ławy między średniowiecznymi murami. powiewający zielony materiał, znikąd zupełnie, co chwilę zasłania mi widok, z każdym najdrobniejszym powiewem przykleja się do mojej twarzy, więc wszystko jest bardzo migawkowe, urywane, niekompletne. ktoś bawi się butelką, chyba chce ją sobie rozbić na głowie. to nie jest zabawa, ktoś komuś rozbija butelkę na głowie. inni zaczynają się wycofywać w panice. ktoś pada na kolana, ktoś rozbitą butelką podżyna z zimnym chrzęstem mu gardło, krew wylewa się lepko na bruk. materiał wije się na mnie.
    *
    wspomnienie, ale skąd ono nagle
    masz 5 lat, jest niedziela, więc odrabiasz godzinną pańszczyznę w kościele. z zamyślenia wyrywa cię nagłe pytanie, wiesz co to jest burdel?, zadane przez osobnika starszego od ciebie o rok albo dwa. ze skruchą kapitulujesz przed starszym i bardziej doświadczonym, udzielasz odpowiedzi negatywnej i pozwalasz wyjaśnić sobie, obrazowo i dosadnie, cóż owo tajemnicze słowo oznacza.

    w

    Brak komentarzy

    okolicach rynku bałuckiego
    - a dlaczego tendyk?
    - bo tu jest bliży, a tam jest dali.
    (jestem w kropce, bo o ile to drugie nazwisko jest mi znane, to na temat pierwszego pamięć moja milczy, encyklopedia również)
    3 metry obok, na tyle autobusu, linia nr 96
    - ja nie jestem żadna jadzia, juz siódmy raz dzisiaj do mnie dzwonisz, kutasie złamany, wykasuj ten numer z książki telefonicznej, bucu jeden, zanim się zdenerwuję i powiem ci coś brzydkiego! do widzenia!
    tymczasem na jego przedzie
    - możemy iść pić dalej. i tak wyprowadzam się z domu.
    - dlaczego?
    - nie kocham już tej kobiety.
    - a, no to faktycznie możemy.
    podczas gdy w domu
    - co robi timka?
    - żry.
    (timka ostatnio uparł się całować mnie w nos, ale ma problem z synchronizacją wizji i fonii, cmok robi przed całusem lub po nim)

    niełatwą

    2 komentarzy

    rzeczą jest we wtorek.. ja się powtarzam.
    *
    po zapoznaniu się z epifaniamii joyce’a nabieram ochoty na przekartkowanie ulissesa, a może i kolejną jego lekturę, ale coś nieuchwytnego mi przeszkadza, zniechęca, odstręcza. zamyślam się nad tym i dochodzę do wniosku, iż przyczyna leży w okładce. gdzieś w okładce, nie potrafię stwierdzić gdzie dokładnie. im bardziej staram się pozbyć tego wrażenia, odepchnąć je od siebie, ośmieszyć, uczynić nieistotnym, tym bardziej staje się ono we mnie, rozrasta i nie mogę się przemóc, by chociaż otworzyć książkę. w końcu wraca ona na półkę.  
    *
    przestało smakować mi mięso. tylko czekać, aż przestaną smakować mi ludzie.

    niełatwą

    Brak komentarzy

    rzeczą jest w poniedziałek wprawić w dobry humor osobę, wyrwaną przez budzik ze snu za gardło o godzinie pod tytułem gdzie jestem, kim jestem, czyli o 5.25, kwitującą informację, uzyskaną od termometra odnośnie panującej na zewnątrz temperatury, treściwym no i chuj, zmierzającą do pracy wehikułem, który zdaje się zasysać do środka całe zimno świata i który trzyma się w całości jedynie na słowo honoru polityka, a który bywa dowcipnie nazywany autobusem, mającej w myślach, podczas tego brawurowego wojażu, wyłącznie wyliczankę chwd poniedziałkowi, chwd zimie, chwd mpk, chwd, itd.
    sztuka ta udała się dzisiaj panu gerardowi de nerval, a konkretnie jego utworowi przemytnicy. historia księdza de bucquoy. desperackie starania narratora odnalezienia książki o dziejach tytułowego księdza, która ma posłużyć jako źródło historyczne do serii artykułów, mających ukazać sie w le national, jak również sprawienia, by zapiski o tych trudach, zupełnie nie przypominały opowieści w odcinkach, bo drukowania takowych dziennikom, pod groźbą niebotycznej kary pieniężnej, zabroniono, uodporniły mnie całodniowo na zarażenie wkurwem, a okazje były.
    *
    - ojej, wyczytałam w internecie właśnie, że jednak grubsze są wierniejsze. to pewnie dlatego, że nie mają wyjścia, nie?
    *
    spomiędzy kart przemytników wyjrzało wspomnienie,
    masz prawie 7 lat, któregoś dnia zupełnie bez ostrzeżenia znika podwórkowy pies. sprawa jest jasna – porwanie. z miejsca zostaje powołana do życia specjalna grupa dochodzeniowa złożona z twoich rówieśników, która dziarsko zabiera się do pracy. powstaje intuicyjny portret pamięciowy porywacza, w wyniku głosowania ustalacie, że mieszka on przy waszej ulicy, z kolei poprzez losowanie numer bloku i mieszkania. dowody zbrodni są niezbite, nikt nie ma najmniejszych wątpliwości, wiecie co macie robić dalej.
    *
    osoba stojąca przede mną w tramwaju przegląda gruby plik zdjęć. mimowolnie (dobra, dobra) im się przyglądam. na przemian pojawia się na nich wyłącznie niebo, bądź krowa. niebo, krowa, niebo, krowa, niebo, krowa…  

    „(…)

    Brak komentarzy

    ojciec panny młodej poprosił, żebym wygłosił mowę, ponieważ jestem pisarzem, a pisarze znają się na mowach. tymczasem, jak mu wyjaśniłem, jednym z powodów, dla których zostałem pisarzem jest to, że żaden ze mnie głosiciel mów na ślubach czy innych okazjach.”  
    [każdy zna kogoś, kto nie żyje – b.s. johnson, przekład: ewa kowal]
    coś jest na rzeczy, przykładowo, starczy przypomnieć sobie jak rozmawiał z dominique de roux niejaki gombrowicz, bądź sięgnąć po bieżący numer lampy (10/2008) i zapoznać się z rozmową z mirosławem nahaczem, uściślając – z bełkotem mirosława nahacza.
    *
    cronenbergiem w berg, czyli trzecia odsłona przeglądu filmów kanadyjskiego reżysera, eastern promises. strzyżenie zakończone poderżnięciem gardła, reanimowanie noworodka ociekającego krwią konającej matki, obcinanie palców, bójka w saunie, której rezultatem są liczne rany cięte, złamania, nóż wbity w głowę, nóż wbity w oko, wszystko z bardzo bliska, na wyciągnięcie dłoni. krew niemal opryskuje widza, prawie się czuje na sobie jej zapach. filmów cronenberga nie ogląda się bezkarnie i bardzo dobrze.
    przykuło mnie, ukłuło, ale nie poddało mnie sobie całkowicie. i nie chodzi o namiastkę happy endu – nie można mu niczego zarzucić, wypada wiarygodnie i mądrze nawet. po prostu zabrakło mi znaku firmowego pana c., obsesji, która zniekształca jaźń i ciało.
    i jeszcze jedno, czy tylko mnie się wydaje, że w niektórych scenach viggo mortensen nieszczęśliwie upodabnia się do schwarzeneggera z terminatora cześci pierwszej?
    *
    osobie, która zlikwidowała fluorescencyjne grafitti i wkurwiająco jaskrawe oświetlenie zdobiące klub jazgga, mam ochotę postawić piwo. drugie tej osobie, która wyświetłiła, podczas mojego pobytu tam we wtorek, koncert tv on the radio. jazzga znowu na mojej liście lokali, w których przyjemnie jest tracić czas. 

    wspomnienie

    Brak komentarzy

    snuje się dalej
    szybko orientujecie się, że black metal nie jest popularny wśród matek, wśród waszych w szczególności. ta chomika często bezceremonialnie wkracza do jego pokoju, podczas waszych muzycznych uniesień, co się tak wydzieracie, stara się was, waszą muzykę przekrzyczeć, zbudzicie całą okolicę, ktoś w końcu policję wezwie, a może i wojsko, macie natychmiast przestać, zakończyć ten zbrodniczy proceder, to jest zamach stanu, to jest zamach na trzecią rzeczpospolitą!, to nie my, to są bezpodstawne insynuacje!, odkrzykujecie zwykle, niezbyt sobie przerywając. twoja matka reaguje podobnie, biada, biada!, co chwilę ci powiada, a gdy to nie odnosi skutku, stara się wymóc interwencję na twoim ojcu, lepsze to, niż gdyby mieli pić abo ćpać, stwierdza on, montując w zlewie kuchennym aparat do produkcji bimbru, niezbyt przejęty faktem, że na tym się kończy jego udział w tym wspomnieniu.
    zespół intensywnie, bez chwili wytchnienia praktycznie, gra, wprawia się w pokoju chomika, bije w nim wszelkie rekordy popularności, staje się w nim żywą legendą, zdobywa w nim wszystko, co tylko jest do zdobycia, postanawiacie zatem pójść dalej.
    puszczacie w obieg elektryzującą wiadomość, zamiast na niedzielną mszę, przyjdźcie na nasz koncert, który odbędzie się u pawła (dreli), on jeszcze o niczym nie wie, ale na pewno nie będzie miał nic przeciwko. nadchodzi ten dzień, klaustrofobiczna kawalerka, w której mieszka paweł wraz z matką, pęka w szwach, nic dziwnego, zbiera się w niej jakieś 8 osób. powariowialiście, matka może wrócić w każdej chwili, wypierdalać mi stąd wszyscy!, oponuje gospodarz mimo woli. bezskutecznie.
    to były wielkie pieprzone słowa, człowieku, to wielka pieprzona muzyka, to jest finnegans wake black metalu!, padają, po długich minutach histerycznych owacji, wypowiedzi, gdy kończycie grać. matka wyrzuci mnie z domu, jestem zgubiony, lamentuje skulony w kącie paweł, ssąc kciuk. gdyby udało się natężenie entuzjazmu zgromadzonych zamienić w prąd elektryczny, problem energetyczny ziemi zostałby na zawsze rozwiązany, zapisano w kronikach.
    postanawiacie zatem pójść jeszcze dalej.

    odczuwasz

    Brak komentarzy

    wielkie zmęczenie i to, że myśli wyraźnie cię unikają, udajesz się do hefajstosa, każesz rozbić sobie głowę toporem i przyglądasz się, jak z otwartej twojej głowy wyciąga on jedynie tabliczkę z napisem zaraz wracam.


    • RSS