rzeczy blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 7.2008

    rozkładać na części pierwsze, taka myśl pojawia mi się nagle, niespodzianie, bez związku z myślą poprzednią, skadnikąd. zatrzymuje się, wracam do tej myśli. skąd taka mi się pomyślała, po co, czy to prawda?

    jeden z nas, ja w to nie wierzę, nie potrafię, nie mogę, nie dziś, nigdy, nie. słowa są za małe. niech pj harvey wywyje to, co teraz siedzi we mnie.

    moby

    Brak komentarzy

    dick. jedna z książek po którą nie trzeba sięgać, bo przecież i tak wiadomo co i jak. także, jak sądzę, jeden z tych tytułów, który podany jako odpowiedź na pytanie co czytasz?, wzbudzi uśmiech żartujesz sobie, no co ty? no właśnie, co?
    lepiej spać z trzeźwym kanibalem niż z pijanym chrześcijaninem.
                                                      [moby dick – herman melville]
    wyżej przywołana reakcja występuje u mnie z kolei, gdy słyszę dzisiaj w pracy poważne pytania-propozycje-kuszenia, czy interesuje cię kariera?, czy chcesz osiągnąć sukces? przyjaciele moi mili, w moim słowniku sukces, kariera to zapewnienie sobie jak najwięcej czasu wolnego od obowiązków wszelakich, w waszym to rola konia z folwarku zwierzęcego, który mawiał zawsze mogę robić więcej.
    my mind is dangerous, that’s who i’ll always be, nucę, a raczej coś (?) nuci mną, dzisiaj. skąd nagle life of agony? wszystko wskazuje na to, że to nieoczekiwanych powrotów muzycznych z otchłani umysłu dzień drugi. 

    dla kameleonów kończę przygodę z capote’m. chwilowo. zainteresowanie tym autorem nie skończyło się, ba, nawet zostało ponownie rozbudzone, do jakiegoś stopnia, tą książką, ale odezwała się, niezawodna, potrzeba róźnorodności. 
    opowiadałam ci kiedyś, jak eroll flynn wyciągnął kutasa i zaczął nim grać na pianinie? widziałam to na własne oczy (…) grzmocił w klawisze. grał „jesteś moim słoneczkiem”.
                                                  [słowa przypisane marilyn monroe w muzyce dla kameleonów]
    wczoraj, tuż przed snem, w stanie letargu, zaczynam słyszeć coś, co wydaje mi się pieśnią patriotyczną, źle mówię, splotem pieśni patriotycznych, chyba polskich. mój umysł do melodii podaje mi słowa, których teraz nie potrafię wyciągnąć z pamięci. w pewnym momencie mam wrażenie, że w tle pobrzmiewa hymn rosyjski. litości!
    gdy wychodzę z tramwaju w głowie pojawia mi się sliver nirvany. nie mogę się pozbyć natrętnego grandma take me home, grandma take me home, grandma take me home, gradma take me home, które wypłasza wszystkie inne moje myśli. wieczorem odkrywam w tekście tego utworu proroctwo odnośnie późnego popołudnia, a mianowicie:

    after dinner, I had ice cream
    fell asleep, and watched tv.
    szkoda, że jestem taka niesamodzielna. mogłabym zrobić wszystko, tylko nie sama
    , tako rzecze fean.
    ja: wymyśl sobie przyjaciela, to powinno pomóc.
    fean: nie chcę przyjaciela.
    ja: zawsze to byłby jakiś krok naprzód.
    fean: tak, do wariatkowa.
    ja: ale nie poszłabyś tam sama!

    podoba

    3 komentarzy

    mi się ten tytuł, arw (czycz), szkoda, że nie z wykrzyknikiem, warknięcie. tekstu jest niewiele, 40 stron, z czego starczy przeczytać 10 początkowych, żeby posmakować jak to zostało napisane, bo co zostało napisane, jest mało istotne.
    rymuje mi się ta pozycja z kurtyzaną. oba teksty wydane dopiero niedawno po raz pierwszy, grubo po ich napisaniu i wokół obu sporo domysłów, ile by namieszały, gdyby zostały wydane w okresie powstania. a niech się te teksty bronią same, tu i teraz, co mnie obchodzi wtedy.
    wieczór piątkowy (noc?) został zakończony zestawem piwo+murek (tak taniej, a policja tutaj nie jeździ, jak stwierdził kuba)+rozmowy o vonnegucie. i długim oczekiwaniem na nocny autobus. wysiadając z niego, budzę jakiegoś zaspanego chłopaka, który dziękuję, ostatnio zwykle budzę się na krańcówce, a tak to chociaż raz do domu w miarę normalnie trafię. no problemo.
    wczoraj jakaś pustka w głowie i zmęczenie ogólne, więc jakim cudem kończę czytanie kurtyzany – nie wiem. tajemnica.
    podobnie jak dzisiejsza ochota na budyń [dopis: patrycja spełnia ową zachciankę wieczorem]. i teledyski placebo (jaki to ma związek z tym, że czytam muzykę dla kameleonów?).
    cóż, no escaping gravity.

    została ostatecznie pokonana i odłożona z dumą do szafy z książkami przeczytanymi, ha!

    budzę

    2 komentarzy

    się z zadrapaniem niewiadomegopochodzenia na lewym policzku i niemal identycznym na lewym ramieniu. przez cały dzień wysłuchuję uśmieszkowatych kto cię podrapał?
    w rozmowie z fean dochodzę do wniosku, że to sprawka pioruna, których pełno ostatnio w okolicy. jeden z nich zapewne zaatakował mnie podczas snu. stawiam śmiałą tezę, że wśród gatunków piorunów można wyróżnić pioruny drapiące.
    fean zachowuje daleko posunięty sceptycyzm wobec tych rewelacji.
    obejrzana wczoraj matka noc przypomina mi o vonnegucie, toteż zamawiam sobie slapstick albo nigdy więcej samotności. co do samego filmu, przyjemnie ogląda się nicka nolte. za każdym razem, gdy recytował z przekąsem franklin delano rosenfeld, towarzyszył mu mój śmiech.
    muszę na siebie uważać tej nocy, bo znowu burza.
    (whisky z sokiem smakuje paskudnie)

    dziś ze sobą kurtyzanę. opasłe to (bagatela, 800 stron) i nieporęczne, ale.
    gdy rozkładam ją na kolanach w autobusie, a potem w tramwaju, ludzie przyglądają mi się tak, jakby to była ludzka głowa, a nie książka.
    z ogólnych moich obserwacji wynika, że w środkach komunikacji miejskiej prędziej/chętniej ktoś dosiądzie się do obywatela drugiej świeżości, dumnie dzierżącego piwo w dłoni, niż do osoby z książką. scena z psa andaluzyjskiego, w której książki trzymane w dłoniach przez jakiegoś mężczyznę zamieniają się w pistolety, zawsze wydawała mi się dość frapująca, ale żeby była aż tak żywotna?   
    śni mi się podróż promem. motyw podróży obsesyjny i typowy dla mnie, ale prom to coś nowego.
    jak wyglądałby świat, gdyby kłamiącym rosły nosy, zdradzanym rogi, obmawianych piekły uszy, etc.?

    z

    Brak komentarzy

    piątku na sobotę trochę rozmów istotnych, 6 piw, nieokreślona liczba papierosów, ale po porannym ucisku w skroniach wnoszę że duża. w ciągu dnia ogólne rozkojarzenie pozwalające na niewiele poza przewertowaniem przekroju.
    z soboty na niedzielę imieniny na limanowskiego. chcąc je przetrwać gładko, nalewam sobie trochę wina, po czym dostaję do ręki kieliszek wódki, no to zdrowie!, a potem to już z górki. pamiętam, że powrotna taksówka miała kolor czerwony, ale niewiele poza tym i z relacji patrycji wynika, że dobrze.
    w niedzielę znajduję w skrzynce na listy muzykę dla kameleonów capote’a (ciekawe swoją droga ile tam czekała, bo zaglądam rzadko) i korci mnie, ale decyduję się wrócić do czytania kurtyzany i piskląt niemczyka. nie mam szczęścia do tej książki, nie żeby nudne, czy trudne (chociaż odnoszę wrażenie, że życiorys autora dużo ciekawszy), ale co zacznę, to mnie coś odrywa. 
    wczorajsza poranna burza w połączeniu z listami witkacego wprawiąją mnie w wyśmienicie ponury nastrój, który mija dopiero późnym popołudniem. główną przyczyną były chyba listy. ot, napad empatii.
    śni mi się, że pies, którego wpuszczam do domu, gryzie do krwi moje dłonie. gdy im się potem przyglądam, są na nich ślady ludzkich zębów.
    pora rozejrzeć się za drugim tomem listów, bo pierwszy dziś ukończon. kurtyzana leży na stole wyczekująco, ale jakoś ochoty większej brak, żeby pchnąć ją kilka stron do przodu.

    może

    3 komentarzy

    cię właśnie rżną i skrobią w tej chwili. mój boże – co bym dał, aby to widzieć!!!
    całuję cię bardzo, moja biedna nineczko.
                                                             
    witkacy – listy do żony
    czyż miłość nie jest piękna?


    • RSS